Tak, pisałaś mi o tym berberysie. Ale czytałam, że listki ma też delikatne, w słońcu się przypalają. Poza tym gdybym zdecydowała się ostatecznie na rezygnację z citronelek (no bo ciągle się miotam jeszcze) to jednak na berberys się nie zdecyduję, choćby najpiękniejszy. Bo to zbyt eksponowane miejsce - musi być reprezentacyjne przez cały rok - no a berberysy nie są zimozielone.
Kiścienie bym jednak potraktowała Topsinem.
Tess,
a tak wyglądają moje żurawki Lime Rickey - rosną na wschodniej rabacie, ale jak słońce przechodzi na południe to zahacza promieniami o tą rabatę no i liście przypalone:
Kiedyś Ci pisałam, że ja jako alternatywę dla tego limonkowego koloru (który uwielbiam) u siebie mam berberysy Goldalita - ten od niedawna rośnie na południowej rabacie, ale dają mu troszkę cienia świerki i RH, które ma za plecami.
W pełnym słońcu listki Goldality moga być przypalane, ponoć jeszcze bardziej odporna na słońce jest odmiana Tiny Gold - a wygląda prawie identycznie.
Piękności pokazujesz. A większość dla mnie to jak egzotyka: rutewka (śliczna), wiązówka, modrak, aminek...
Muszę jeszcze ten śmieszny trawnik zobaczyć.
Tesiu, nie obrażaj się proszę, bo masz dobry pomysł z obsadzeniem tego kamienia. Nie wiem jeszcze, co zdecyduję.
To wynikło w nocnych rozmowach, jak nocne Marki spać nie mogą, Mirka zasugerowała zmianę koloru, ja rozważałam przeniesienie miejsca, burza mózgów była, która dała mi do myślenia, ze jeszcze nie jest idealnie
Ale też idealnie być nie musi, więc na razie będę spać spokojnie
Ja w duszy czułam, ze donica nie pasuje, ale w tym roku było tyle zmian, ze bałam się przyznać do tego, co inni głośno powiedzieli.
Więc ostatecznie pomysły były oczekiwane, a realizacja - nie wiem kiedy. Muszę wszystko sobie poukładać.
a chciał napisać "Tess, pewnie zapomniałas ale może jednak..." ale pomyślałam że nie powinno się od razu negować i tak jak do dzieci mówi się bez zdań " pewnie znowu..."
Ale żwirek pod drzewo, które najpierw śmieci płatkami przekwitłych kwiatów a na jesieni opadającymi liśćmi? Ja odradzam, ale to twój tron
Kasia dobrze radzi - coś zadarniającego.
Rabata jest za mała. Ale ostateczne zdanie powiem, jak wywalisz szopkę.
Pojęcia nie mam, co dobrze zrobiłam, że kwitnie. Tylko florovitu ciut, bo bałam się, że w liście pójdzie, zamiast w kwiat.
A kysz, siło nieczysta, kusicielu podstępny! W moim własnym wątku mnie kusisz?
a na serio też już sama wcześniej na to wpadłam, ale wypieram, usilnie wypieram Ja się nie umiem różami opiekować. I kropka.
Miło mi było Cię choć na chwilę gościć w moim ogrodzie A lawenda przecież i tak do ścięcia, wiec wcale nie wiem, co to za przeprosiny
Moje kiścienie (część) też miały objawy jakby choroby grzybowej. Wyglądały okropnie. Na pewno nie od słońca. Usunęłam wszystkie suche liście i podlałam previcurem. Zbierają się. ale chyba rzeczywiście przestanę je ciąć. Takie ładne przyrosty powinny mieć wiosną, a nie miały.
Owszem. Znam wiele przypadków unieważnienia małżeństwa kościelnego. W tym w najbliższej rodzinie. Pozew wniósł mąż-oprawca, który maltretował fizycznie i psychicznie żonę i czwórkę dzieci, był nałogowym alkoholikiem, nie pracował, długi zaciągał i z domu wynosił. Jako powód podał ten sam kanon z Prawa kanonicznego (bo tam są kanony, zamiast artykułów). Tyle, że wskazał, iż to on był niedojrzały psychicznie i z tego powodu nie był zdolny do ponoszenia trudów małżeństwa.
To najczęściej przywoływany kanon, jako podstawa unieważnienia. wprowadzono go do prawa kanonicznego dopiero w 1980 roku.
Nie będę opisywać tego, co czułam, gdy się dowiedziałam (sama zadzwoniłam do Kurii, bo mi się to w głowie nie mieściło), że alkoholizm świadczy o tym, że powód jest niezdolny z przyczyn natury psychicznej do podjęcia istotnych obowiązków małżeńskich
Poradziłam mojej kuzynce, żeby nie wstępowała w spór, bo i tak unieważnią to małżeństwo, a ona tylko zszarpie sobie nerwy. Oczywiście unieważnili.
Smaczku temu dodaje fakt, że rzeczony oprawca przez lata nie chodził do kościoła, ale jak wystąpił o unieważnienie, to w pierwszym rzędzie w kościele stał, żeby go proboszcz widział. Dlaczego? Bo sąd kościelny potrzebuje opinii proboszcza o takim wnioskującym. Oczywiście proboszcz pozytywną opinię wydał.
Zaraz pewnie posypią się na mnie gromy, ale od tego czasu przestałam wierzyć w nierozerwalność sakramentu małżeństwa. I jeśli moje dzieci kiedys powiedzą, że nie chcą ślubu kościelnego, słowa sprzeciwu czy oporu z siebie nie wydam.