Moja Babcia miała prawie 90lat i jeszcze na rowerze po wsi jeździła! A jak tato ją do nas do miasta przywiózł to na miejscu usiedzieć nie mogła. Ciągle coś chciała w ziemi grzebać. Aż mi było głupio, że taka babuleńka o lasce jeszcze się schyla i chwaściki wyrywa
Zdrówka dla Babci Jasi by jak najdłużej cieszyła się tym pięknym ogrodem
Wszyscy angażowali się w prace domowo-ogrodowe: rodzice, rodzina, przyjaciele i znajomi.
Narada ogrodowa:
Prace w warzywniku:
I podwyższanie terenu, żeby pokryć deficyt ziemi:
No więc rozpoczęliśmy karczowanie (przy użyciu szpadli), kopanie i nawożenie ziemi. Ziemia jeszcze 4 lata po powodzi była na wagę złota - towar deficytowy. Wynajęcie maszyn graniczyło z cudem, bo wszyscy się odbudowywali.
Za ogromne pieniądze zwożono nam wszystko, min. właśnie ziemię: były to kawałki betonu z tapetami, blachy, asfalty, resztki porcelany, weków (raz nawet saperzy po coś przyjechali), przyjmowaliśmy wszystko. Na miejscu odbywało się sortowanie i decyzja: zostaje w ziemi czy wywozimy. Wtedy za darmo mieliśmy podstawione kontenery gminne na wszelkie odpady. Tak sprzątaliśmy nasz kawałek planety.
Mąż podczas pierwszego naszego spotkania z domem i ogrodem prawie się wycofywał, bo strumień za blisko, bo ktoś mieszka. Ja z miejscowym tubylcem (na zdjęciu) oglądałam dom z zewnątrz. Pamiętam kwitnące śnieżyce albo przebiśniegi, 2 rododendrony, wielkiego bukszpana i jakieś pnącze. Na drzewach kapliczki. Stodoła wciągnięta do strumienia prawie. Na oknach zawieszki ze szkła artystycznego i firanki z pajęczyn. Napis na tekturze "dom podłonczony do prądu" ale - miałam wrażenie, że nie było w ogóle przyłącza elektrycznego! Wiatr obijał się o potłuczone szyby okienne. Drewniane rynny odprowadzały wodę z eternitowego dachu.
Były góry, był piec, była przestrzeń. I idee fixe, że te domy trzeba jakoś ratować. Dom był drewniano-murowany, otynkowany. Jest dalej taki sam choć z nowym dachem i zamiast warkocza konopi i starych szmat ma tzw. mszenie między belkami.
Koniecznie posadź różaneczniki, wybierz odmiany najbardziej odporne na mróz. Chociaż u Ciebie to nie jest konieczne.
Dzięki Danusiu, że do mnie zajrzałaś Już mnie z Basią przekonałyście do różaneczników, ale muszę się doszkolić w tym zakresie (czego potrzebują do życia, jakie są te najbardziej mrozoodporne, pielęgnacja itp.) no i zdecydować na kolorystykę. Bo miejsce już mi jedno pasuje dla nich - kilka sztuk wśród tych świerków:
Za tymi świerkami miały być brzozy pożyteczne podsadzone trawami, ale jak pisze tylu forumowiczów, że one są śmieciuchami i pijusami, to coraz bardziej się waham... A tak poza wszystkim, to nie jestem pewna czy te świerki w ogóle tam zostaną - bo to z rodzaju takich zwykłych, a pisałaś, że one brzydkie się robią z wiekiem
No, a teraz wszyscy co mnie tu o kokieterię posądzali niech dumają - czekam na Wasze pomysły! Od czegoś trzeba było zacząć, to zacznijmy od tych nieszczęsnych świerków
Pozdrawiam serdecznie i dobrej nocy - ja nie mogę kolejnej zarwać przez Ogrodowisko - pobudka o 5.30
Mąż podczas pierwszego naszego spotkania z domem i ogrodem prawie się wycofywał, bo strumień za blisko, bo ktoś mieszka. Ja z miejscowym tubylcem (na zdjęciu) oglądałam dom z zewnątrz. Pamiętam kwitnące śnieżyce albo przebiśniegi, 2 rododendrony, wielkiego bukszpana i jakieś pnącze. Na drzewach kapliczki. Stodoła wciągnięta do strumienia prawie. Na oknach zawieszki ze szkła artystycznego i firanki z pajęczyn. Napis na tekturze "dom podłonczony do prądu" ale - miałam wrażenie, że nie było w ogóle przyłącza elektrycznego! Wiatr obijał się o potłuczone szyby okienne. Drewniane rynny odprowadzały wodę z eternitowego dachu.
I jeszcze busz z mozgi - nie chcę wiedzieć, co ona robi na wolności.
Jakiś czas temu śniło mi się, że mozga uciekła z donic i opanowała cały trawnik i nie dawała się skosić.