Rany... dobrze, że zaczęłaś o cebulkach. Moje tez niewsadzone i do tego zostały na zewnątrz . Nie wyrabiam się... Dzień taki krótki, a do tego ten lodowaty wiatr.
Ewo mam nadzieję, że trochę teraz postraszy, ale da coś jeszcze zrobić. Większość donic pomyłam, ale te z ostatniego miesiąca stoją.
W sąsiedztwie mam pola kalafiora i brokułów, więc mączlik szaleje. Jak dwa tygodnie temu sąsiad kasował to latały takie tysiące tego dziadostwa, że nie dało się na zewnątrz wysiedzieć.
Co do gąsieniczek i innych stworzeń w części konsumpcyjnej - zawsze w takich sytuacjach przypominają mi się słowa mojego szwagra - rób tak, żeby starczyło i dla ciebie i dla nich. One też chcą jeść. Na szczęście jestem w tej komfortowej sytuacji, że mam miejsce aby tą zasadę wcielić w życie.
Dzisiaj w grafiku głównie warzywnik, a i tak trochę marchwi zostało. Ale przecież nie mogłam pozwolić, żeby zmarzły ostatnie plony...
Później dół przy ognisku z kamyczków i boczek. Na rabatach na korze liście zostały.
I sezon leżakowy został zakończony - zostały schowane pod dach altany. Huśtawka też tam powędrowała. Trawnik skoszony wraz z liśćmi. Ile było dyskusji z młodym czemu ta trawa jeszcze rośnie
Liście głównie brzóz i glediczji zostały tylko usunięte z iglaków.
Toszko, czy sądzisz że u mnie jest ten sam problem?
Od jakiegoś czasu to mam ale jakoś zignorowałam...
Przepraszam za jakość zdjęcia, ale tylko takie mam przy sobie
Ewo ja na pierwszego pazia czekałam kilka lat. Teraz są co roku, więc chyba im się u mnie podoba. Dla rusałek też mam pokrzywy.
Gosiu bardzo się cieszę z obecności pazia, ale nie będę go 'trzymać' na siłę. Staram się na maxa zwiększyć jego szanse dając mu osobny rewir i siejąc rośliny które lubi. Nie zauważyłam zresztą żeby ptaki szukały gąsienic w marchwi czy na fenkule. Idą bardziej w stronę 'sztywnych' warzyw jak np kapusta. Zresztą one też muszą jeść.
Danusiu ja sieję fenkuł wyłącznie dla nich. ale rzeczywiście- potrafią szybko wcinać. Ale nawet jak buszują na naci marchwiowej to im wybaczam. Toć tego najcenniejszego w glebie nie ruszają.
Uwielbiam nagietki. Druga połowa listopada, a one czarują. Choć pewnie jak prognoza się sprawdzi to już niedługo.
Miałam wolną sobotę, więc zostało zaplanowane sprzątanie liści. Przy naszej ilości już sporych drzew i krzewów, czekamy cierpliwie jak większość spadnie, bo robimy w danym miejscu raz sprzątanie. A jak okazało się, że dostałam jeden dzień na porządki w gratisie to 12 listopada ogłosiłam Narodowym Dniem Zbierania Liści.
Drzewa niestety nie wiedziały o tych planach, więc się zaskoczone były, niektórym musiałam nieco pomóc się odzienia pozbyć. Z reguły pomogło mocniejsze otrzepanie. Oj, taki pierwiastek rozsądku z lenistwem pomieszany się odezwał.
Świętowanie było huczne, dwie dmuchawy na raz pracowały, a przez chwilę to nawet razem z kosiarką, bo młodego do świętowania matka zmusiła. Sąsiedzi chyba odczuli tą imprezkę troszkę, ale oni nie pracują lub drzew nie mają.
I zobaczcie co "perfekcyjna rodzinka zrobiła".
Przed świętowaniem.