Pierwsze ogrodowe rośliny to było bezodmianowe pospólstwo: kocimiętki, kukliki, irysy syberyjskie, orliki, rozchodniki okazałe. Do tej pory przeważają w nasadzeniach bylinowych.
Te bardziej wyszukane okazy trafiały do ogrodu zwykle przypadkiem, bo w pobliżu mam tylko jedną niewielką szkółkę z namiastką oferty bylin. To w niej trafiłam na jarzmianki, pysznogłówki, krwiściągi, przetacznikowca Red Arrow i przetacznika Marietta. Cudem zdobyłam penstemony i bodziszka Rozanne. Mnożę je, bo w pewnym momencie doszłam do wniosku, że w środku lata brakuje mi w ogrodzie kwitnących bylin. Do zakupu bylin w internecie jakoś się zraziłam. To zawsze loteria, co się dostanie. Korzystam z tej formy zakupów bardzo rzadko.
Kupiłam wiosną kilka nowych odmian bodziszków, ale sadzonki były tak mizerne, że na efekt pewnie trzeba będzie poczekać. Jedynie Rozanne spełnił oczekiwania. Dobrze się czuje w ogrodzie i jego bałaganiarski charakter wpasował się do reszty nasadzeń.
Fajnie rośnie ten przetacznik i dosyć długo kwitnie.
Glina z wierzchu zaczyna skorupieć. To pierwszy sygnał, że w płytszej warstwie (do 5 cm) jest sucho. Głębiej jest wilgotno, bo dotychczas padało przynajmniej raz w tygodniu.
U mnie na susze pierwszy reaguje trawnik w okolicach brzóz. Tam akurat rzadko zaglądam. Trawiaste ścieżki w okolicach domu są w dobrym stanie, bo zacieniają je nieco budynek i obustronne nasadzenia.
Całe szczęście, że część ozdobna ogrodu nie wymaga podlewania. To wielki plus gliniastej gleby. Wystarczy mi bieganie z wężem po warzywniku.