Rainbow Mountain i Red Valley (Tęczowa Góra i Czerwona Dolina)
Na trekking do Rainbow Mountain czekałam chyba nawet bardziej niż na Machu Picchu. To miejsce budzi skrajne emocje. Ponad 5000 m n.p.m., wszyscy straszą chorobą wysokościową, radzą aklimatyzację, herbatki z koki i pobudkę w środku nocy. Z drugiej strony można przeczytać, że kolory są przereklamowane, zdjęcia przekłamują rzeczywistość, a na szlaku są tłumy. Musiałam sprawdzić to na własnej skórze.
Po dwóch dniach aklimatyzacji w Cusco (3400 m n.p.m.) ruszyliśmy w drogę. Pobudka o 3:00, śniadanie o 5:00, a potem jeszcze godzina jazdy do podnóża pasma Ausangate. Stamtąd czekało nas około 1,5 godziny podejścia. Brzmi niewinnie... do momentu, gdy po 10 minutach zaczyna brakować oddechu. Dla mniej odpornych u podnóża czekają konie, my postanowiliśmy wejść o własnych siłach.
Widoki wynagradzały każdy krok – ośnieżone szczyty, dzikie alpaki, konie i surowy górski krajobraz. Ubraliśmy się zbyt cienko, mieliśmy na sobie trzy warstwy ubrań, a i tak na szczycie szczękaliśmy zębami. Peruwiańczycy doradzali głównie okulary przeciwsłoneczne i krem z filtrem... Gdy zobaczyłam śnieg na szczytach, nie wiedziałam, czy się śmiać, czy płakać. Na szczęście zabrane rękawiczki i gorąca czekolada kupiona na górze uratowały sytuację.
Poranne wejście