Wróciłam wreszcie do domu

To lato wyjątkowe, każdy urlop w słońcu. Ogród jakoś przeżył, co jakiś czas spadał u nas gwałtowny deszcz, więc większość roślin dała radę, a i rachunek za wodę większy i wyrzuty sumienia, że marnuję wodę pitną też trochę większe...
Klęska urodzaju wczoraj mnie dopadła w postaci dwóch wiader antonówki, kosza pomidorów i podobnej ilości śliwek i gruszek - wszystko to przywiózł mi tato z ogródu Babci... Więc mimo niedzieli obierałam, kroiłam, gotowałam, itd. Żal było, żeby coś poszło na zmarnowanie, bo wszystko bez grama chemii.
A po wakacjach trochę zdjęć z wczoraj. Jak już wszystko było w garach, pobiegałam po ogrodzie, zaskoczyło mnie to, że tak mało chwastów mi teraz wyrosło - może to nagroda za konsekwentne pozbywanie się ich na bieżąco i nie miały jak się wysiać? I paskudny kret dalej szkodzi - pozbawił mnie ulubionego powojnika Proteus, podziurawił trawnik, podkopał dzwonki. Łobuz!
Limelighty w tym roku wyrosły już zza ławki. To ulubione miejsce mojego taty w naszym ogrodzie, zawsze pije tam swoją kawkę i... pali papierosy
Róża Artemis na frontowej zachwycająca - zdrowe błyszące, cimne liście i ten kolor biało kremowy - pięknie współgra z kwitnącymi hortensjami. A przecież wsadziłam ją chyba miesiąc temu. Muszę podziękować Andzie za podpowiedź tej róży.