Ogród z koniczynką
12:22, 02 sty 2024
Wiesz, po fakcie można było sobie ulżyć w żartach, ale w trakcie tej, naprawdę cięęężkiej pracy, nie było mi wówczas do śmiechu. Po zachowaniu, rozjuszonego złością, eMa sądziłam, że to już moja ostatnia jakakolwiek wykonywana praca, nie tylko w ogrodzie ale i w życiu, przed ostatnim namaszczeniem...
Podczas tej ogrodowej rewolucji były wtedy tylko dwa wyjścia:
1/ odciąć w cholercię te ogromne betony, w których były zakotwione druty muszli, tracąc tym samym stabilizację całej konstrukcji...(nie wchodziło w grę)
2/ wezwać operatora z koparką, by wyciągnął w całości zespawaną muszlę i przestawił na docelowe miejsce...(też nie)
To drugie mogłoby się udać, pod warunkiem, że byłby jakikolwiek swobodny dojazd takiego ciężkiego sprzętu.
Dodam, że istniały już chodniczki i urządzone rabaty, które takim przejazdem koparki byłyby unicestwione w 100$...nie w 100$, a w 100%...
I jeden pomysł zły i drugi gorszy...dlatego został tylko jeden sposób...nasze, zmobilizowane do granic możliwości, siły własnych mięśni dopingowane złością eMa...teraz po latach wspominamy to ze śmiechem
Na moje szczęście historia zakończyła się dobrze...