No taki dżem właśnie tylko mało cukru, do mięsa pieczonego miał być dobry. Ale mimo cukru było czuć ten skwaśniały smak. Może za mało cukru tyle że nie byłam pewna czy to nie skwaśnieje do zimy przez te fermentujące częściowo owoce…
Matka wrzuć trochę luzu. Rodzice mają swoje plany i wyobrażenia wobec dzieci, a dzieci jak dorosną i tak robią po swojemu i mają do tego prawo. Moi chłopcy maturę zdali od strzała, a na studia nie chciał iść żaden. Zawsze jeszcze mogą. Ale powiedzieli obserwując swoich rówieśników co poszli i skończyli, że nie potrzeba Im studiów żeby siedzieć w sklepie za kasą. Starszy pracuje w zawodzie jest geologiem( młodszy nomen omen też geolog)zarabia dobrze, zadowolony, po drodze zaliczył pół roku na platformie wiertniczej na Bałtyku. Do niczego Mu studia w tym zawodzie nie potrzebne, wszyscy patrzą na doświadczenie, a nie papier. Młodszy w zawodzie choć mógłby nie przepracował ani dnia. Poszedł w muzykę. Pracował już w różnych branżach. Generalnie lubi robotę z ludźmi. Angielskiego nauczył się w pracy nie w szkole. Wybrał inna ścieżkę zawodową niż starszy brat. Mają prawo przeżyć życie po swojemu i dokonywać własnych wyborów. Tak jak i my dokonywałyśmy własnych choć czasy i możliwości były o wiele mniejsze. Skąd możemy wiedzieć co będzie za 5,10, czy 15 lat i jakie zawody będą dobrze płatne.
W liceum byłam w klasie o profilu biol-chem z 5 językami (angielski, niemiecki, rosyjski, francuski i łacina). Plan przez długi czas był, żeby wybrać się na lekarski lub farmację. Matura poszła mi bardzo dobrze, z angielskiego nawet miałam 98 procent (niestety wtedy angielski na te kierunki, na które składałam się nie liczył). Złożyłam papiery na lekarski, farmację i analitykę chemiczną. Zabrakło jednak trochę punktów na dwa pierwsze kierunki. Bardzo lubiłam chemię i koncepcja była taka, żeby pójść na analitykę, gdzie na 1 roku jest biologia i chemia w programie studiów, podejść do matury ponownie. Dodatkowo analityka chemiczna w tamtym czasie była kierunkiem zamawianym, czyli dopłacali stypendium za studiowanie tego kierunku. Normalnie stypendium na studiach masz od 2 roku, oceniają czy danej osobie przysługuje po średniej ocen z 1 roku. A tutaj dzięki projektowi unijnemu brali pod uwagę procenty z matury i średnią ze szkoły średniej. W tamtych latach stypendium to było równowartością miesięcznego mojego utrzymania (wynajem pokoju, opłaty i żywność itp.).
Rok akademicki się zaczął, pochłonęła mnie nauka i życie studenckie (samorząd studentów, byłam w różnych komisjach uczelnianych, w projekcie unijnym ze stypendium też mieliśmy dodatkowe zajęcia jak techniki szybkiego zapamiętywania itp.). Trzeba było uczyć się regularnie na zajęcia, a biologia i chemia, które były w programie studiów nijak się miały do zakresu na maturze. Do matury podeszłam. Ponownie złożyłam papiery na lekarski, farmację i analitykę medyczną. Maturę poprawiłam na tyle, że dostałam się na farmację i analitykę medyczną. Ta farmacja to był bardziej plan mojej mamy, a nie mój, bo chciała otworzyć aptekę, a może to zrobić tylko farmaceuta, posiadający prawo wykonywania zawodu. Potem doszły jakieś ustawowe zawirowania i panika na rynku, bo rząd ogłosił jakiś cennik leków, zakazy promocji, reklamowania się, dokładnych szczegółów nie pamiętam. Nie uległam naciskom na farmację.
Stwierdziłam, że trochę mi szkoda tego roku chemii na UMCS i zaczęłam studiować oba kierunki na raz dziennie. Część przedmiotów przepisałam, kursowałam między jedną uczelnią a drugą próbując się wyrobić na każde zajęcia. Moje podanie o indywidualny tok nauczania na UM (czyli dołączanie do zajęć różnych grup zamiast sztywnego grafiku przydzielonej mi grupy) zostało odrzucone. Czasem terminy egzaminów były na obu uczelniach jednakowe, więc podchodziłam do jednego, a do drugiego w terminie poprawkowym. Semestr zaliczyłam. W sesji letniej było już gorzej, bo były trudniejsze przedmioty na UM, odpadłam z anatomii. Mogłabym niby poprawiać, ale jakoś tego nie czułam. Pozostałam na UMCS zrobiłam licencjat. Potem na magisterce zmieniłam specjalność na chemię środków bioaktywnych i kosmetyków. Mieliśmy trochę wyjazdów do zakładów pracy, do fabryk, do producentów kosmetyków. Jakoś siebie nie widziałam w takiej pracy, za dużo monotonii, powtarzanie tych samych badań/testów w kółko. Siedzenie w pokoju całe życie z 2-3 osobami, zero kontaktów ze światem zewnętrznym (innymi ludźmi) przez 8 godzin dziennie przez wiele lat życia dorosłego. Nie mój klimat. Dodatkowo używanie rozpuszczalników i innych substancji, które nie są obojętne dla zdrowia.
Podczas magisterki mogliśmy dorzucić sobie dodatkowy moduł, żeby mieć uprawnienia do nauczania chemii w szkole. Był to jakiś pomysł i nawet mnie skusił. Miejsce praktyk wybrałam bardzo rozważnie - prywatna szkoła międzynarodowa. Lekcje chemii prowadziłam po angielsku. Nawet mi się to spodobało. Miałam natomiast bardzo restrykcyjną promotorkę. Przekroczyłam termin oddania całej napisanej pracy o kilka dni. Nie przyjęła jej po terminie. Nie wyraziła też zgody na podejście do obrony w sesji zimowej, bo wtedy jest zajęta licencjatami. Musiałam przez to zapłacić za poprawianie całego roku, mimo zaliczenia wszystkich pozostałych przedmiotów i podeszłam do obrony rok później. W oczekiwaniu na obronę znalazłam moją obecną pracę i tak mi tu dobrze, że do pomysłu pracy w branży chemicznej, kosmetycznej, produkcyjnej czy nauczycielskiej już nie wróciłam, a moje zarobki z czasem osiągnęły poziom wyższy niż miałabym w tamtych branżach.
Wow. Szacun. na to wygląda że nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło... ale naszarpałaś się trochę.
Zobaczymy gdzie Młoda wyląduje.
Szkoda mi Białegostoku ale teoretycznie Wrocław powinien więcej zaoferować co do rozwoju i rynku pracy.
Teraz Młoda musi jechać do Wrocka z papierami bo oczywiście kurierem wysłać się nie da... Białystok dopuszczał, Wrocław nie. heh
Zamiast pracować w tym tygodniu tylko jeździ, do Białegostoku bez sensu 2 dni zmarnowane na to wygląda...