Nabawiłam się niechęci do cięcia w ogrodzie. za dużo tego było ostatnio. Stęskniłam się za pieleniem, robieniem kancików i niespiesznym omiataniem ogrodu.
Dzisiaj nastąpiło ostateczne zakończenie mojej przygody z oliwnikami. Ostatnie gałązki zostały zamienione na zrębki. Za dwa lata będę koić nerwy zerkając na płomień w kominku z oliwnikowych drewienek.
Krzewuszki już przekwitły. Jako ze rebak był gotowy do pracy, to przycięłam je oraz mahonie. Te drugie trochę za późno (wypuściły młode przyrosty), ale na początku maja nie miałam do tego głowy. Może się nie obrażą (mahonie).
Krzewuszki wkrótce wypuszcza młode przyrosty, a tymczasem zza nich wyłoniły się kwiatostany parzydła leśnego. To one lada moment, i tawułki Arendsa rosnące obok, będą mi zapewniać miły widok z tarasu.
W piwoniowym kąciku pojawiły się nowe kolorki. Przenosiłam te piwonie z ROD-owskiej działki. Musiałam coś pomerdać z kłączami, bo na jednym krzaczku mam dwa kolory kwiecia.
Te piwonię lubię najbardziej.